Dominik Górka

przez Think MICE

#nowakonkurencja

Obiecuję, następny tekst znów będzie zabawny. Ale nie ten. No bo co, jeśli naprawdę nie mamy tego genu? Na pewno nie mają go wszyscy, wiem. Ale co się stanie, jeśli duża część z nas go nie posiada? Czy tak już będzie? Czy to w ogóle możliwe, że coś co istnieje wszędzie, u nas się nie wykształciło? Że tak po prostu, organicznie nie potrafimy współpracować?

Bo chodzi mi właśnie o współpracę. A właściwie o współpracę i konkurencję. Równocześnie. Kiedy popatrzy się dokładniej na świat dookoła – na przyrodę, na duży biznes, nawet na nasze relacje prywatne (od szkolnego podwórka zaczynając), łatwo zauważyć, że te dwa elementy – rywalizacja i współpraca – prawie zawsze idą w parze. Niewiele jest modeli, które działają inaczej.
Zwierzęta, które na co dzień ze sobą konkurują o terytorium, doskonale potrafią połączyć siły w trudnych momentach. Wataha wilków to właśnie taka sytuacja, a bycie w stadzie wcale nie kończy rywalizacji o miejsce. Nastoletni homo sapiens też naturalnie wyczuwa, że lepiej być w grupie tych, którzy ustalają zasady gry, niż samemu stać pod ścianą. Od zawsze tak działają wszystkie szkolne społeczności i każda klasa. I tam też, mimo współpracy, każdy buduje równocześnie swoją pozycję.

Ale zostawmy przyrodę i filmy o zwierzątkach. Zajmijmy się czymś dla dorosłych. Mamy to samo na myśli? Więc… sportem? Proszę bardzo. Real i Barcelona, choć szczerze się nie cierpią, kiedy przychodzi do rozmowy o podziale zysków z La Liga, trzymają sztamę. A FIFA? Niedawno miałem okazję podzielić się kilkoma zdaniami na ten temat ze społecznością krakowskiej branży eventowej. Popatrzyliśmy na historię piłki nożnej i na dane. W tym na raport finansowy tej organizacji społecznej. Warto. Bo FIFA, razem z największymi klubami, zmontowała system oparty na rywalizacji, współpracy i regułach, który jest jedną z najefektywniejszych ekonomicznie maszynek we współczesnym świecie sportu i rozrywki. Może więc warto uczyć się od najlepszych?

Jeszcze za mało dosłownie? Dobrze: zostawmy w ogóle wszelkie analogie. Ręka do góry, kto chce podać najtrudniejszą, najbardziej konkurencyjną branżę współczesnego świata biznesu.
Automotive? Nie rozśmieszajcie mnie. Od lat jeździmy kombinacjami wspólnych płyt podłogowych, silników i zawieszeń, którym przykleja się różne logo i wypuszcza na rynek, by ze sobą konkurowały. Peugeot 108, Toyota Aygo, Citroen C1 to ten sam samochód. Co więcej, jeden koncern potrafi mieć różne alianse dla różnych rodzajów potrzeb. A już posługiwanie się silnikiem konkurenta to standard od trzech dekad. Motoryzacja to jeden z najlepszych przykładów równoczesnej konkurencji i współpracy. Najwięksi uczynili z nich swój sposób na bezpieczną obecność i ustalanie reguł gry na rynku.

Finanse? Jasne... Świat finansów jest agresywny wobec otoczenia, ale sam świetnie potrafi się sobą zająć. Asekuracja wzajemna banków to tylko jeden z przykładów. Walczymy o lokaty Kowalskiego, ale gdy komuś z nas miałaby się stać krzywda, pomożemy sobie, bo to zaufanie do bezpieczeństwa środków na rachunkach bankowych od Kowalskich sprawia, że w ogóle od Kowalskich te pieniądze dostajemy.
IT? Błagam... Oszczędzę sobie listowania sytuacji konkurent – dostawca podzespołów. Weźcie do ręki dowolny telefon czy laptop i sprawdźcie, co ma w środku. Przypomnę coś ciekawszego. Rok 1997 i umowę Steva Jobsa z Billem Gatesem, na której także Microsoft  sporo zyskał, choć ratował właśnie znajdującego się na krawędzi Apple. Porozumienie dotyczyło poważniejszych rzeczy, ale smaczku dodaje mu fakt, że Microsoft zainwestował wtedy 150 mln dolarów w niezbywalne akcje Apple. Pamiętaliście, że Jobs i Gates tak ze sobą konkurowali? A znacie jakieś większe ikony twardej rywalizacji? Popatrzcie na wyniki obu firm. Chyba się opłaciło?

W przyrodzie, życiu społecznym, w życiu każdej organizacji i w biznesie konkurencja prawie zawsze oznacza współpracę. Proporcje obu elementów są różne, ale czyste modele konkurencyjne lub kooperacyjne są rzadkie jak białe nosorożce. A co oznacza brak współpracy? Co się stanie z ewolucją jakiegoś gatunki (albo jakiejś branży…) jeśli nie ma genu współdziałania? Karol Darwin napisał kiedyś tak:

„W długiej historii ludzkości (i świata zwierząt także) ci, którzy nauczyli się najefektywniej współpracować i improwizować, zwyciężyli”.

Więc sami sobie odpowiedzcie, co się stanie. Albo zapytajcie ptaka dodo.

Nie mam wątpliwości co do naszego genu improwizacji. Jesteśmy genetycznymi mutantami improwizacji. Między Odrą a Bugiem powstał supergatunek improwizujących yeti. Potrafimy załatwić wszystko, ze sznurka i gafry zrobimy festiwalową scenę, spod ziemi wydobędziemy znajomego. I damy radę. Nie mamy też żadnego problemu z konkurencją. Przecież walczymy. Tłuczemy się w przetargach, wkładając w to tyle wysiłku, że nieco bardziej od nas doświadczeni i nieco mniej zdeterminowani uczestnicy rynku, czyli nasi klienci, korzystają na tej zapamiętałości. A czasem dostają od wszystkich już na etapie briefu to, co powinno się otrzymywać od wybranej agencji, dobrze za to płacąc. Ale my konkurujemy. I wciąż dajemy radę. Ale współpraca? Nie wiem, czy kod DNA branży eventowej ma ten gen na stałym wyposażeniu. Tymczasem bez współpracy po prostu jesteśmy słabsi. I możemy nie przetrwać. Bo ona – tak jak rywalizacja – pomaga nam pozbywać się słabych stron. Ewoluować. I razem walczyć o więcej.

Wszystko, o czym dziś piszę to oczywistości. To, co w naszej branży wydaje się dziwne, kontrowersyjne albo nie na miejscu, w dojrzałym środowisku (naturalnym, biznesowym i w każdym innym) jest normą. Jeśli o #coopetition, czyli o równoczesnych: współpracy i konkurowaniu chcecie poczytać trochę na poważniej, znajdźcie mnie na LinkedIn i bądźmy w kontakcie. Za kilkanaście dni będzie tam więcej i bardziej serio o tym, co dają one w biznesie i w życiu.

A na razie po prostu zacznijmy myśleć, że to naturalny stan rzeczy. Że powinniśmy konkurować i współpracować równocześnie. Że tak ma być. Zobaczycie, ile to zmienia. To już będzie bardzo dobry początek.

Na koniec będzie coś na pocieszenie. Bo jednak jest nadzieja. Rozglądnijcie się w swoim otoczeniu. Ja patrzę na swoje: w zarządzie i całym Klubie Agencji Eventowych SAR, który łączy poważnych konkurentów rynku eventowego, jednak możemy się dogadać. I rozmawiamy z nowymi kandydatami na członków, bo chcemy, by KAE było głosem całego środowiska profesjonalnych, dobrych agencji. Jeśli też to tak widzisz, napisz do mnie i rozmawiajmy. Naprawdę na Ciebie czekamy.

Chyba podobnie jest w łączącym różnych przedstawicieli branży MICE, w tym dostawców, Stowarzyszeniu Branży Eventowej (SBE). Dzięki temu, że są razem, mogą skutecznie mówić o sprawach całej, szerokiej branży. I robią to skutecznie (szacunek!). Ja dodam do tego jeszcze grupę eventową w Krakow Network, która ze wsparciem Krakowa, zaczyna nam na południu doskonale działać.
To wszystko dowody, że chyba się da. Przywołane pochodzą z mojego otoczenia, Wy macie pewnie swoje. A współpracować trzeba, bo potrzebujemy się nawzajem. Żadna agencja nie jest i nigdy nie będzie samodzielnie na tyle mocna, by zmieniać reguły gry. Do tego trzeba silniejszego głosu, a przede wszystkim zgody na stosowanie nowych zasad. W ciągu najbliższych lat musimy kilka z reguł poważnie zmienić, by przetrwać i rozwijać się jako kompetentni, cenieni dostawcy w obszarze komunikacji marketingowej w Polsce.

Coraz więcej agencji ma też zawodowych przyjaciół wśród konkurencji. Nie bójmy się tych sympatii pokazać. To naprawdę nic podejrzanego, że równocześnie konkurujemy i się lubimy. Ani dla branży, ani dla naszych klientów. Dla mnie tacy dobrzy znajomi wśród konkurentów to Mariusz Nowak z Ministry of Creativity, Michał Atlas z Brave, Dorota Wojtczak z EmLabu, z którymi spotykamy się w zarządzie KAE. A w Krakowie także Krzysiek Paradowski z CMA, Sebastian Godula z Event Factory i Małgorzata Machynia z FSWO. Z niektórymi z tych osób zdarza nam się realizować razem projekty komercyjne. I to naprawdę działa. Zdarza się też, że próbujemy promować to, co dobre.

I wreszcie, zdarza się (przynajmniej mnie się to zdarza), że zwyczajnie sobie pomagamy. A to już naprawdę coś więcej niż znajomość. Sprawdziliśmy i wiemy, że możemy na siebie liczyć. Mariusz, Michał, Krzysiek – dziękuję! A Wam wszystkim życzę budowania takich branżowych przyjaźni.
To jest nasza prawdziwa #nowakonkurencja. W ten sposób, razem uda nam się coś znacznie większego niż tylko to, że przetrwamy.

Dominik Górka - dyrektor kreatywny i partner w agencji eventowej GRUPA MANTA, członek zarządu Klubu Agencji Eventowych SAR.

CZYTAJ WIĘCEJ