Dominik Górka

przez Think MICE

#mójpierwszyraz

Dzisiaj będzie bez anegdot z życia znanych osób. I bez dobrych rad na temat komunikacji live. Porozmawiajmy o nas.

Pamiętacie swój pierwszy raz? Ja pamiętam doskonale, chociaż gdyby wziąć pod uwagę sam event, niespecjalnie byłoby co wspominać.
Jest zima 2000 roku. Polski eventowy kosmos to wciąż głównie wyobrażanie sobie „jak tam jest”. Kilka miesięcy wcześniej wymyśliłem, że spróbuję zająć się czymś, co prawie nie istniało. Wtedy naturalnie w ogóle nie używałem słów agencja eventowa. Nikt ich nie używał, choć tym właśnie próbowaliśmy być.
Mam dwadzieścia parę lat. Siedzę w gabinecie prezesa międzynarodowego koncernu w Polsce i opowiadam o wydarzeniu. Dzieciak z zadatkami i kilkuletnim doświadczeniem w marketingu versus czterdziestokilkulatek, z dyplomem dobrej londyńskiej uczelni, reprezentujący porządny brand na dynamicznie rosnącym rynku. Dystans pomiędzy moim krzesłem a fotelem mojego rozmówcy to odległość lat świetlnych w biznesie. Po drugiej stronie leży decyzja o tym, czy prom kosmiczny zabierze mnie w górę. Kiedy odlatywać będzie następny, nie wiadomo. Czy w ogóle będzie następny? Czy odleci?

Ten, nine, eight, sev..
Houston, mamy problem.

Problemy tak naprawdę są dwa. Po pierwsze, strasznie boję się, że prezes zapyta o doświadczenie. Że usłyszę oczywiste: „dla kogo wcześniej robiliście takie wydarzenia”? A  wtedy ani profesjonalna oferta, ani moje zaangażowanie, ani pomysł mogą już nie mieć znaczenia. Choć nie najgorzej idzie mi na spotkaniach, przecież są gdzieś granice błyszczących oczu i elokwencji… Jak do cholery innymi słowami powiedzieć, że to mój pierwszy raz? A przecież trudno sobie wyobrazić, że tego pytania nie usłyszę. Więc czekam po prostu kiedy strzał padnie, jadę w kierunku krawędzi krateru i robię swoje. Jak Andy Weir w Marsjaninie: „zgaduję, że możecie to nazwać porażką, ale ja wolę termin „nabywanie doświadczenia”. Houston… chrzańcie się. Jak do cholery inaczej mam polecieć?

Eight, seven, six, five…
Czerwona lampka. Drugi problem sygnalizowany przez centrum lotów usytuowane pomiędzy moimi uszami towarzyszyć mi będzie później jeszcze wielokrotnie.

No, kto by przypuszczał? Moja oferta nie jest idealna! Już sam ten fakt jest wystarczającym zaskoczeniem, ale tu jeszcze perspektywa, że druga strona także odkryje nieznaną stronę planety… Tym razem chodzi o lokację i jej kilka wad, które mogą przesądzić o decyzji. Mam dwie możliwości. Pierwsza: zapinamy pasy i startujemy, na miejscu okaże się, że na Marsie nie ma wody i wtedy zmierzymy się z tym wspólnie. Tłumacząc na realia ziemskie: siedzę cicho i łatwiej przekonuję klienta do decyzji wiedząc, że wcześniej czy później i tak zderzymy się z mankamentami. Ale jest też możliwość druga: mówię jak jest i ryzykuję stratę pierwszego klienta agencji, którego nigdy nie byłem tak blisko. Ryzyko, że odliczanie przed startem rozpocznie się już beze mnie gwałtownie rośnie…
Wybieram wariant drugi. Dzielę się moją oceną, by nie oszukać, ale też by nie wstydzić się później. Do spodu opowiadam o mankamentach miejsca, które wybrałem. Cóż, poza setką wad, ma to jedną niepodważalną zaletę: póki mówię, nikt nie zapyta mnie o doświadczenie. Wizja katastrofy, którą rozpostarłem w gabinecie prezesa jest już niemal pełna. Poziom braku komfortu grupy, który rysuje się przed uczestnikami mojego pierwszego eventu faktycznie chyba można porównać do warunków na stacji kosmicznej. Trwa to dość długo, aż słyszę pełne sympatii: „Panie Dominku, kiedy wreszcie przestanie nas Pan straszyć”?
I tak brzmi ziemska wersja mojego pierwszego: masz pozwolenie na start.

A jak było dalej? O evencie nie warto opowiadać. Z dzisiejszej perspektywy, to był drobiazg. Ale z tamtym klientem zostaliśmy na wiele lat. Wspólnie budowaliśmy spotkania dla jednego z pierwszych dobrych programów lojalnościowych w branży. Dzięki niemu staliśmy się mocni w całym IT, dla którego nadal dużo pracujemy. A z kilkoma osobami z tamtej firmy nadal utrzymuję relacje. Ale przede wszystkim pamiętam tamto zdanie. Stało się dla mnie prawdziwym początkiem agencji. I dowodem na to, że w pracy, którą sobie wymyśliłem może być miejsce na normalne, dobre relacje. Że klient nie zawsze będzie chciał wykorzystać swoją pozycję. Że możemy się po prostu polubić. I że dla dobrej agencji taka osobista relacja jest nie mniej motywujące niż presja.
 
Mówią, że żaden plan nie może przetrwać pierwszej próby realizacji – twierdzi Andy Weir w „Marsjaninie”. To prawda. Realizacje są inne niż plany. Wydarzenia, które budujemy dziś w agencji są zupełnie inne od tych, które miałem w głowie, gdy zaczynaliśmy. Co robiłbym dzisiaj, gdyby tamten człowiek okazał się typem „dyrektor handlowy”? Czy w ogóle byłbym w tej branży? Miałem szczęście.
A jaki był Wasz pierwszy raz? Też mieliście szczęście, czy skończyło się na twardym lądowaniu?

Jesień to dobry czas, by pod koniec dnia z kubkiem kawy przypomnieć sobie pierwszą lekcję. A potem pomyśleć o innych wydarzeniach i przekonać się, że każde jest kolejną. Pod warunkiem, że poświęcimy chwilę, by pomyśleć, co tak naprawdę się wydarzyło. THINK!

Dominik Górka - dyrektor kreatywny i partner w agencji eventowej GRUPA MANTA

 

CZYTAJ WIĘCEJ